Warszawa okiem Wrocławiaka – moje wrażenia

Wyjazd do Warszawy był niespodzianką dla Pana Męża. To taki typowy city break, bo od piątku do niedzieli. W kwestii samego pobytu na pewno sporządzę moją subiektywną listę miejsc, które warto zobaczyć. Tym razem jednak pomyślałam o nieco innym wstępie do warszawskiego cyklu. Postanowiłam spisać wrażenia z naszego zwiedzania Warszawy.

Swój piątkowy dzień rozpoczęliśmy prawie spóźniając się na autobus, który miał dowieźć nas do autokaru. Poranny bieg z torbą i prowiantem obudził nas, ale tylko na chwilę. W końcu pobudka o 4.30 rano to barbarzyńska godzina.

Do stolicy wybraliśmy się Polskim Busem.

Prognozę pogody sprawdzałam kilka razy dziennie już tydzień przed wyjazdem. Przez niemal całą drogę padało, co nie zwiastowało pięknej pogody. Ta zaś zmieniała się w Warszawie jak w górach. Na szczęście w czasie pobytu ani razu nie padało!

Na miejscu byliśmy o 10.00 czyli o względnie dobrej godzinie. Kiedy tylko wyszliśmy z autokaru, oboje w sekundę doszliśmy do wniosku, że Warszawa znajduje się zgoła w innej strefie klimatycznej. Trzęśliśmy się bardzo.

Bilet na metro łatwo kupić w biletomatach, jednak przypomnieliśmy sobie o tym dopiero w podziemiach, na szczęście przed odjazdem pociągu, bo nie uśmiechałoby się nam płacić 300zł kary za osobę!

Kiedy już dotarliśmy do centrum, strzeliliśmy sobie szybkie selfie przed Pałacem Kultury i czym prędzej pobiegliśmy na kawę do Starbucksa. Wiem, że to nie najlepsza kawiarnia, ale kiedy nie ma co się lubi, to się lubi kawę ze Starbucksa. Tam na pocieszenie zamówiliśmy sobie po kawałku ciasta. Do niego zaś dostaliśmy… widelce stołowe! Zaprawdę powiadam Wam, dziwna ta Warszawa.

Stamtąd nieco zagrzani wybraliśmy się na wyprawę do miejsca noclegu. Była ona stosunkowa łatwa i szybka, bo spaliśmy ok. 1,5 km od Pałacu Kultury <3

Idąc do hotelu, zostaliśmy cofnięci do biura znajdującego się na innej ulicy – na szczęście niedaleko! Załatwiliśmy wszystkie formalności i trafiliśmy już do naszego apartamentu. Czuliśmy się bezpiecznie, ponieważ wejście zabezpieczono zbliżeniową kartą, która otwierała bramę główną, potem zaś blok. Spaliśmy na 16 piętrze! Niestety widok na miasto mieliśmy przysłonięty innymi budynkami. Pokój mieliśmy prosty, skromny, ale ładny i zadbany.

Założyliśmy kolejne warstwy ubrań i pognaliśmy w miasto. Ku naszemu wielkiemu zadowoleniu okazało się, że Warszawa posiada rowery miejskie. Ponadto wrocławskie konto upoważniało nas do korzystania z nich. Dlatego niemal przez cały wyjazd poruszaliśmy się na rowerach za darmo! Tacy z nas rowerowi piraci, że wszystkie trasy zajmowały nam mniej niż 20 minut.

Na pierwszy strzał poszło Muzeum Powstania Warszawskiego. Bardzo bogate w eksponaty, z dużą dbałością o szczegóły i zróżnicowaniem przedstawienia tematu. Firma stworzyła niesamowity klimat, a to za zaledwie 20 zł. Naprawdę warto się tam wybrać. Uprzedzam jednak, że można wyjść nieco zdołowanym od nadmiaru i potęgi przekazu.

Następnie wybraliśmy się rowerami do Ogrodu Saskiego. Tam spacerując dotarliśmy do Grobu Nieznanego Żołnierza. Później skierowaliśmy się ku Krakowskiemu Przedmieściu. Podziwialiśmy Hotel Bristol. Kontemplowaliśmy też, dlaczego Pałac Prezydencki, który znajduje się ściana w ścianę z ww. hotelem, robi mniejsze wrażenie. Poszliśmy na Plac Zamkowy, obeszliśmy krótko Stare Miasto i wróciliśmy do hotelu.

Przygotowaliśmy się do wieczornego wyjścia do Aficionado Room. Miejsca, gdzie można kupić i zapalić cygaro. Swoje ulubione – Brick House o smaku suszonego jabłka – paliłam w towarzystwie Porto. Oprócz wina, towarzyszył nam pewien Pan, który obdarował nas ponad 2-godzinną opowieścią o Paryżu, De Gaulle, Pétain, a w pewnym momencie także o czasach podbojów mongolskich. Wytłumaczył też, skąd wzięła się Rosja. Inaczej zaplanowaliśmy sobie ten wieczór, ale wiedza ów Pana była porażająca!

Następnego dnia pojechaliśmy pod Pałac Kultury. Tam, równie kulturalnie, zjedliśmy na ławce śniadanie zakupione w Biedronce. Po strawie wybraliśmy się na taras widokowy. Cóż by tu rzec. Kiedy wjechaliśmy windą na 30 piętro z moich ust padło: „Czuję się oszukana.”. Serio, serio! 20 zł zapłaciliśmy za to, żeby panoramę oglądać zza krat – przez ok. 5 minut. Nawet selfie z Warszawą w tle nie dało się zrobić! Jednak wróciliśmy bogatsi o kolejny kolaż z fotomatu.

Zawiedzeni poszliśmy do jakże dziwnej galerii handlowej. Nie to, że pojechaliśmy do stolicy na shopping. Po prostu ta inna strefa klimatyczna zmusiła Pana Męża do zakupu t-shirta. Dziwnej zaś galerii, bo składała się z dwóch brył, a do każdego sklepu wchodziło się z osobna – z zewnątrz.

Wypożyczyliśmy rower i pognaliśmy w miasto w kierunku Łazienek Królewskich. Zahaczyliśmy o Sejm i Senat, które schowane były za drzewami więc niewiele zobaczyliśmy.

Pojechaliśmy więc dalej. Zjechaliśmy z ogromnej górki mijając Kancelarię Premiera. Przed wejściem w stacji zostawiliśmy rowery (w parku panuje zakaz jazdy na rowerze i wprowadzania psów). Tam zaś karmiliśmy wielce oswojone wiewiórki. Odważne wspinały się na dłoń i wybierały co ciekawsze kąski orzechów kupionych przed wejściem.

Obeszliśmy cały park robiąc przystanek przy naprawdę całkiem sporym i ładnym pomniku Chopina.

Z powrotem wskoczyliśmy na rower, dojechaliśmy do miejsca spotkania ze znajomymi i oddaliśmy się spoczynkowi przy piwku i obiadku. Wieczorem spacerowaliśmy jeszcze po mieście, rozmawialiśmy i piliśmy. Tym razem wróciliśmy już komunikacją miejską. Na gapę! Nie celowo, ale kto mógł przewidzieć, że w tramwaju nie będzie biletomatu? W stolicy?!

Kolejny dzień to dzień powrotu. Spakowaliśmy manatki, oddaliśmy klucz, zostawiliśmy bagaż w recepcji i pojechaliśmy do miasta, aby  zwiedzić Zamek Królewski. Tak się dobrze złożyło, że powrót mieliśmy po południu, a w niedziele zamek ogląda się bezpłatnie.

Zamek Królewski przekonał do siebie sceptycznego Pana Męża. Piorunujące wrażenie zrobiło na nas to, jak został odbudowany do wersji sprzed bombardowania w czasie II Wojny Światowej. Każde pomieszczenie posiadało opis. Każdy eksponat był wytłumaczony. Zamek poszczycić się może pięknymi obrazami Matejki i Rembrandta – naprawdę pięknymi. Wspólnie orzekliśmy, iż Wawel nie umywa się do Zamku Królewskiego w Warszawie. Bilet normalny kosztuje 25 zł i warty jest swojej ceny.

Na koniec zrezygnowaliśmy z oglądania  Powązek i Syrenki nad Wisłą na rzecz piwa i obiadu. Ten nie był niestety najbardziej trafionym, ale najedliśmy się na tyle, by wrócić do domu i nie być głodnym.

Na miejscu byliśmy już późnym wieczorem. Zmęczeni, ale przywitani przez szczęśliwego, Rudego obrońcę domu. Ten pies ma nieposkromione siły w merdaniu ogonem.

Wiem, że mieszkam we Wrocławiu, przez co mogę być nieobiektywna. Reasumując: wyjazd był bardzo udany. Pogoda, mimo zimna, dopisała. Nie padało, a w sobotę wyszło słońce. Jednak wolimy swoje miasto. Wydaje się nam ono bardziej przyjazne. Warszawa jest duża i ciągle się rozwija, przez co bywa rozkopana. Bardzo podoba mi się infrastruktura miejska, gdzie wiele jest dróg rowerowych. Na brak stacji NextBike też nie można narzekać. Jestem jednak zdania, że we Wrocławiu jest dużo więcej terenów zielonych. Stolica zaś poszczycić się może wieloma wieżowcami, które przybliżają ją do typowego wyglądu metropolii.

Czy warto wybrać się do stolicy? Zdecydowanie! Jest tam wiele ciekawych miejsc, które warto zobaczyć. Na pewno zasługuje to na osobny artykuł. Nas jak na każdym wyjeździe zaskoczyło kilko nieprzewidzianych sytuacji, ale określamy je mianem „przygody”. Także stołowe widelce do ciasta, które długo będę wspominać 🙂

Przyznajcie się, kto z Was jest urodzonym albo przyjezdnym Warszawiakiem? A kto z Was był lub planuje turystycznie odwiedzić stolicę?

Related Posts